Jedno z zimowych popołudni upłynęło pod znakiem powrotu z wycieczki. W samochodzie jak zwykle muzyka. Tym razem audycja z gościem w przesiąkniętej komercją stacji radiowej. Gościem była Maryla Rodowicz – z całym szacunkiem dla niej i jej fanów – artystka przeze mnie absolutnie nietolerowana, ale o tym przy innej okazji. Mówiła o nowej płycie, którą szerokim łukiem omijałam już z racji okładki. Miałam zmienić częstotliwość, gdy zabrzmiały zupełnie zaskakujące Klipsy. Dzisiaj o „nowej” Maryli Rodowicz i płycie 50.
Pięćdziesiątka jest kompilacją 14 utworów swoją genezą sięgających lat 50 – tych.
Repertuar – powrót do dzieciństwa Maryli – przeszedł gruntowne odświeżenie dzięki zabiegom Krzysztofa Herdzina. Słychać, że postawiono na brzmienie, innowacyjne aranżacje. Wystarczy wspomnieć o zastępie muzyków – m.in. Marek Napiórkowski, Robert Kubiszyn - wytrwale pracujących na końcowy efekt. Na płycie znalazły się takie przeboje jak: Czekolada, Czerwony autobus, Do grającej szafy czy A mnie jest szkoda lata. Do zasłuchania się w zakamarki krążka zaprasza Wesoły pociąg Marty Mirskiej wzmocniony sekcją dętą.
Nie lada niespodzianką i, według mnie, najlepszym utworem okazała się Cicha woda z partią skrzypiec Mateusza Smoczyńskiego, a wszyscy szalejący na karnawałowych balach
z pewnością zachwycą się Serduszkiem pukającym w rytmie cha-cha utrzymanym w stylu rumby. Chyba nigdy nie spodziewałam się odnaleźć na płytach Maryli Rodowicz swingowego (jazzowego również) klimatu rodem z idealnego na bezsenne noce klubu (jak w filmach), a taki mają utwory A mój chłopiec piłkę kopie (fortepian – Krzysztof Herdzin)
i Pierwszy siwy włos (z trąbką Roberta Majewskiego).
Jak pisze artystka w podziękowaniach dołączonych do wydawnictwa – płyta jest „hołdem dla polskich twórców swingu z tamtych niełatwych w końcu lat”. Trzeba powiedzieć, że 50 jest hołdem jak najbardziej słusznym i co więcej, zupełnie dopracowanym, brzmieniowo zaskakującym i godnym uwagi nawet tych, którzy do tej pory nie chcieli mieć nic wspólnego z twórczością Maryli Rodowicz. We wspomnianej na wstępie audycji artystka przyznała,
że na tej płycie miało być coś z Milesa Davisa. Nie jestem pewna czy ma coś z samego Milesa, ale jest dowodem, że Rodowicz, choć od wielu lat aktywna na polskiej scenie muzycznej, nadal potrafi oczarować. I niech podsumowaniem 50 będą słowa Michała Wilczyńskiego – „płyta lśni niczym diament pośród sporej ilości błota”.






